X-Men – dlaczego mutanci trafiają prosto w serce
Supermana można podziwiać. Batmana można szanować. Z X-Menami można się utożsamić — i to jest fundamentalna różnica, która sprawia, że ta historia przetrwała ponad 60 lat bez starzenia się.
Mutanci nie zostali ukąszeni przez pająka ani napromieniowani przez kosmiczne siły. Urodzili się inni. I właśnie to, że swoje odmienności nie wybrali — że genu X nikt im nie wstrzyknął w laboratorium — jest sednem całego emocjonalnego ładunku tej historii. Bo każdy, kto kiedykolwiek czuł się nie na miejscu we własnej rodzinie, szkole, środowisku, rozumie, o czym mówią X-Meni, zanim zdąży przeczytać jedną stronę komiksu czy obejrzeć jedną minutę filmu.
Dlaczego X-Men rezonują inaczej niż reszta superbohaterów?
Jest coś charakterystycznego w tym, jak konstruowane są inne drużyny superbohaterskie. Avengers to elita. Wybitni ludzie, którzy w wyniku okoliczności dostali moc i używają jej, żeby świat był bezpieczniejszy. Liga Sprawiedliwości to zbliżenie do bóstw — Superman jest praktycznie nieśmiertelny, Wonder Woman to bogini.
X-Meni działają odwrotnie. To ludzie, którym moc przyniosła nie przywilej, lecz wykluczenie. Nastolatek, który w wieku 14 lat odkrywa, że może zamrażać wodę jednym dotykiem, nie staje się celebrytą — staje się problemem dla swoich rodziców, dziwadłem w szkole, zagrożeniem w oczach sąsiadów. Genu X nie da się schować do szafy i wyciągnąć tylko wtedy, gdy to wygodne.
Stan Lee powiedział kiedyś wprost, że tworząc X-Menów z Jackiem Kirbym w 1963 roku, myślał o uprzedzeniach rasowych, które rozgrywały się wtedy dosłownie na ulicach Ameryki. Ale zrobił coś sprytniejszego niż stworzenie prostej alegorii — stworzył metaforę na tyle pojemną, że każde pokolenie wkłada do niej swoje własne lęki.
Czym jest „gen X” naprawdę?
W filmach Bryana Singera, które dla większości widzów były pierwszym kontaktem z mutantami na dużym ekranie, jest jeden dialog, który mówi więcej niż jakikolwiek akcja-sekwens. Profesor Xavier pyta Eryka Lehnsherra — przyszłego Magneto — czy naprawdę uważa, że mógłby dorosnąć inaczej, gdyby nie obozy koncentracyjne. Eryk patrzy na niego spokojnie i odpowiada, że Xavier mógłby udawać, że jest zwykłym człowiekiem, bo wystarczyło włożyć mu okulary. Ale nie każdy mutant ma ten komfort.
To jeden z powodów, dla których Magneto jest antybohaterem, a nie złoczyńcą — i dla których tak wiele osób, zwłaszcza z różnych środowisk marginalizowanych, rozumie go głębiej niż Xaviera. Xavier ma pieniądze, posiadłość i dar, który łatwo ukryć. Magneto przeżył Holokaust jako dziecko i wie, że kompromis z wrogiem oznacza śmierć. Jego separatyzm wynika z traumy, nie z zimnej kalkulacji.
To napięcie — czy walczyć o integrację, czy o separację — jest dokładnie tym samym napięciem, które toczy każdą grupę, która czuje się odrzucona przez społeczeństwo większościowe. I nie ma tu prostej odpowiedzi, co sprawia, że historia X-Menów jest uczciwa wobec złożoności problemu.
Efekt coming outu: dlaczego Iceman zmienił regułę gry
Jest jeden moment w historii komiksów X-Menów, który ilustruje mechanizm utożsamiania się lepiej niż cokolwiek innego. W 2015 roku writer Brian Michael Bendis ujawnił, że Bobby Drake — Iceman, jeden z pierwszych pięciu X-Menów, postać istniejąca od 1963 roku — jest gejem. Fani środowiska LGBTQ+ zareagowali lawiną podziękowań, bo wielu z nich intuicyjnie czuło to od lat, choć nie mieliby jak tego nazwać.
X-Meni działają na zasadzie lustra, które każdy czytelnik ustawia pod własnym kątem. Nie musisz wiedzieć, co „reprezentuje” twoja ulubiona postać — wystarczy, że coś w niej rozpoznajesz. To właśnie dlatego psycholodzy zajmujący się narracją często używają X-Menów jako przykładu opowieści z tzw. silną identyfikacją projekcyjną: widz nie tylko sympatyzuje z bohaterem, ale przez chwilę staje się nim.
Kiedy Mystique pyta, po co udawać kogoś, kim się nie jest, kiedy Storm wychodzi przed tłum i nie przeprasza za to, że jest inna — te momenty trafiają w coś, co Iron Man z całą swoją ironiczną błyskotliwością osiągnąć nie może. Bo Tony Stark jest fajny, ale nikt w szkole średniej nie czuł się Tonym Starkiem. Stormem — tak.
Logan i to, czego nie ma w żadnym innym filmie superbohaterskim
Logan z 2017 roku to przypadek osobny. James Mangold zrobił film, w którym mutant jest nie tylko outcastem wobec społeczeństwa, ale starzeje się, boli go i umiera. Wolverine przez cały film jest zmęczony — zmęczony byciem tym, czym jest. To najcenniejsza emocja w całym filmowym universuum X-Menów, bo jest absolutnie ludzka: zmęczenie własną odmiennością.
Żaden inny film superbohaterski nie zmieścił czegoś takiego. Captain America bywa melancholijny, ale nigdy nie boli. Logan boli — i dlatego ludzie płaczą w kinie na coś, co formalnie jest filmem o gościu z metalowymi pazurami.
To pokazuje, że X-Meni jako marka mają wbudowany mechanizm, którego inne serie muszą szukać ręcznie: emocjonalne ryzyko. Historia, w której bycie sobą jest nie nagrodą, lecz ciężarem, który jednak warto nieść — bo alternatywą jest udawanie kogoś innego przez całe życie.
Dlaczego ta historia wciąż jest potrzebna?
Można się zastanawiać, czy po tylu dekadach metafora nie jest już przezroczysta. Ale każde pokolenie dostarcza jej nowej treści. W latach 60. wypełniała się rasizmem. W 80. stała się metaforą AIDS i stygmatyzacji chorych. W 90. przejęło ją środowisko LGBTQ+. Dziś — w czasach dyskusji o tożsamości, neurodywersyfikacji, wykluczeniu w sieci — X-Meni nadal mają coś do powiedzenia, bo ich pytanie nie zestarzało się ani o dzień:
Co byś zrobił, gdybyś urodził się inny od tych, którzy stanowią normę? Profesor Xavier i Magneto wciąż na to pytanie odpowiadają inaczej. I wciąż obaj mają rację.

